Słodkie prezenty z Berlina

 

Święta nadchodzą wielkimi krokami, najwyższy więc czas wybrać się na poszukiwania prezentów. U nas świąteczne zakupy zaczynają się od kompletowania kalendarza adwentowego, w związku z czym dziś osobno wybraliśmy się na poszukiwania 24 drobiazgów.

W poprzednich latach poza czekoladkami w kalendarzykach mieliśmy m.in. miniaturki kosmetyków, świece zapachowe czy świąteczną bieliznę. Żeby się nie powtarzać ja w tym roku postawiłam na słodkości. Chciałam jednak żeby to było coś wyjątkowego, dlatego szukałam małych, ukrytych sklepików, najchętniej z produktami made in Berlin.  Zakupy rozpoczęłam w firmowym sklepie berlińskiego producenta czekolady Walter na Tempelhof, później wybrałam się na Prenzlauer Berg.  Poniżej lista moim zdaniem najciekawszych sklepów.

 

  1. Walter Schokoladen (Tempelhofer Damm 197)

Jeden z moich ulubionych sklepów z czekoladą w Berlinie. Tak jak pisałam jest to sklep firmowy berlińskiego producenta, dlatego wszystko jest świerze i pyszne. Sklep jest wypełniony czekoladkami i ciastkami. Można tu dostać bombonierki w opakowaniach z Berlińskimi motywami, czekoladę pitną, w okresie świątecznym również gotowe kalendarze adwentowe ze słodkościami.

 

  1. Misses & Marbles (Raumerstraße 36)

Niewielki sklep i kawiarnia w jednym.  Można zatrzymać się tu na dłużej i posilić pysznymi ciastami i kawą. Oferta jest bardzo szeroka, od przyrządów kuchennych, talerzy, kubków przez bąbki, poduszki, czapki czy cukierki. Myślę, że nawet najbardziej wybredni klienci znajdą tu coś dla siebie.

 

  1. Herr Nilsson Godis (Stargarder Str. 58)

Raj dla miłośników żelków. Znajdziemy je tu w każdym smaku i kształcie. To tego czekoladki, landrynki i marshmallows.

 

  1. Sugafari (Kopenhagener Str. 69)

Absolutnie wyjątkowy sklepik! Maleńki, a oferuje ponad 1000 słodkości z całego świata! Jest podzielony na sektory odpowiadające kontynentom. Znalazłam tu między innymi cukierki o smaku kukurydzy z Wietnamu i brazylijskie żelki z owocu Gujaby.

 

  1. Erfinderladen Berlin (Lychener Str. 8)

Ten sklep jako jedyny z mojej listy ma w ofercie nie tylko słodycze. W sumie słodyczy ma niewiele, a przeważają tu designerskie gadżety do domu poza tym czapki, koszulki, puzzle i wiele wiele więcej.

 

 

Włoski wieczór w Trattoria Toscana

DSC_0195

Podobno dla 60% Europejczyków ulubionym daniem spożywanym poza domem jest pizza. My zdecydowanie zaliczamy się do tej grupy. Ja pizzę kochałam od dziecka, praktycznie w każdej formie. Była też moim ulubionym posiłkiem na studiach, nieważne czy podczas nauki do sesji czy w trakcie spotkań ze znajomymi. Wybór restauracji był wtedy raczej przypadkowy, zawsze wychodziłam z założenia że pizza to pizza i smakuje zawsze.

Odkąd przeprowadziliśmy się do Berlina moje podejście do pizzy i stołowania się „na mieście” zmieniło się jednak o 180 stopni . Przede wszystkim dlatego, że Berlin jest miastem, w którym praktycznie każde danie można dostać w wersji autentycznej, tzn. jeśli chcemy jeść po włosku idziemy do Włocha, po turecku do Turka, po kanadyjsku do Kanadyjczyka itd. Nie wiem co by musiało się wydarzyć żebym mieszkając w Berlinie zamówiła pizzę z jakieś sieci, np. Dominos.

Włoskich restauracji w Berlinie odwiedziliśmy już dziesiątki. Trzymając w ręku kartę dań zawsze miałam ten sam dylemat: pizza czy pasta, i zawsze, mimo że chciałam wybrać pastę w końcu zamawiałam pizzę, bo wydawało mi się, ze pasta jest daniem, które bez problemu można zrobić w domu i nie trzeba wydawać na nią pieniędzy w restauracjach. Do czasu.

Do czasu gdy któregoś dnia zawitaliśmy do niewielkiej włoskiej knajpki na Tempelhof.  Restauracja znajduje się tuż przy wyjściu ze stacji S-Bahn Tempelhof. Budynek z zewnątrz jest niepozorny, powiedziałabym wręcz niezachęcający to odwiedzin. W środku czeka na gości miła niespodzianka, ponieważ lokal jest urządzony w ciepłym, włoskim stylu. Oczywiście zarówno właściciel jak i cała załoga są Włochami, dlatego goście zawsze witani są po włosku. Restauracja oferuje obszerną kartę dań, wybierać można pomiędzy różnymi rodzajami domowej pasty, pizzy, jak również mięs czy sałatek. Będąc tam po raz pierwszy nie wiedzieć czemu skusiłam się na pastę, zapewne w większości zadecydowały o tym oryginalne składniki:  wybrałam na parpadelle na słodko z gruszką, orzechami włoskimi, rodzynkami i cynamonem. I właśnie tego dnia zrozumiałam w jakim błędzie byłam myśląc, że jestem w stanie sama odtworzyć każdą pastę w domu. I nie chodzi tylko o połączenia składników ale przede wszystkim o doskonały smak domowej roboty makaronu, którego nie da się porównać nawet do najlepszych marek makaronów ze sklepów.

Tego pamiętnego dnia totalnie zakochaliśmy się w tej restauracji i choć było to na początku września, zdążyliśmy już tam zawitać około pięciu razy. Jak do tej pory zawsze decydujemy się za pastę (chociaż pizza też wygląda pysznie)  i zawsze jesteśmy zachwyceni tym co dostajemy na talerzu. Trattoria Toscana wyróżnia się przede wszystkim dużymi porcjami. Mówi się, że do restauracji chodzi się smakować a nie jeść – w tej restauracji można robic jedno i drugie, bo porcje są bardzo duże. Na tyle, że zawsze zamawiamy jeden deser, którym się dzielimy. Zjedzenie dwóch byłoby po prostu niemożliwe.

DSC_0724

DSC_0725

DSC_0727

DSC_0735

DSC_0208

Berlin dla romantyków

DSC_0516

Planując jak spędzimy kolejne weekendy staramy się znaleźć miejsca raczej trochę schowane i nieznane setkom tysięcy turystów przebywających w Berlinie. Oczywiście prawie nigdy nie udaje się nam być zupełnie samym, ale ubiegły weekend był cudownym wyjątkiem do tej reguły.

Korzystając z ładnej pogody postanowiliśmy znowu spędzić kilka godzin na łonie natury i wybraliśmy się nad Müggelsee. Jest to największe jezioro Berlina o powierzchni 7,4km2 położone na południowym wschodzie miasta, w dzielnicy Köpenick.

Jezioro ma swoją plażę, która w okresie wakacyjnym bywa zatłoczona. W okolicy można też znaleźć kawiarnie i restauracje z pięknym widokiem na wodę. My postanowiliśmy dotrzeć tam od trochę innej strony. S-Bahnem dojechaliśmy do przystanku Friedrichshagen, a stamtąd autobusem 61 (linia zastępcza na czas remontu linii tramwajowej) do przystanku Rahnsdorf/Waldschänke. Na miejscu znaleźliśmy kawiarenkę z pysznie wyglądającymi ciastami, więc postanowiliśmy zabrać na wynos po kawałku ciasta i kawę, po czym udaliśmy się nad jezioro. Szliśmy około kilometr przez niewielki lasek nad brzegiem Fredersdorfer Mühlenfließ, aż dotarliśmy do molo na jeziorze. Miejsce to wydało nam się na prawdę magiczne, na końcu molo, nad wodą znajduje się ławeczka na której moglibyśmy godzinami podziwiać piękne widoki. Jezioro jest też doskonałym miejscem do uprawiania sportów wodnych, więc z oddali widać było żaglówki. Na miejscu byliśmy około 18, mieliśmy szczęście być zupełnie sami więc w spokoju mogliśmy podziwiać piękny zachód słońca, delektując się pysznym ciastem i kawą z pobliskiej cukierni. Na pewno wrócimy tu nie raz.

DSC_0518

DSC_0540

Spacerkiem po Wedding

Wedding jest dzielnicą Berlina, do której jakoś nigdy specjalnie nie było nam po drodze. Poznawanie miasta zaczęliśmy, pewnie jak większość osób, od najpopularniejszych dzielnic jak Mitte, Kreuzberg czy Neukölln. Wedding wydawał się zawsze dzielnicą dość nudną. Do wybrania w te rejony zwabił nas duży wybór knajpek z naszym ulubionym tureckim daniem jakim jest Gözleme. Gözleme jest czymś w rodzaju naszych naleśników, robionym jednak z innego rodzaju ciasta i podawanym na słono, na przykład z nadzieniem z ziemniaków, szpinaku lub białego solonego sera. Można je dostać w większości kiosków prowadzonych przez Turków, między innymi na stacjach metra. Niestety w takich miejscach nie są świeżo przygotowywane a przez to są suche i bez smaku. W dobrych restauracjach czy kawiarniach daniem tym można się szczerze zachwycić. Do spróbowania zachęcają też ceny, które nie przekraczają zazwyczaj 3 Euro. Naszymi ulubionymi miejscami są  LARA Gözleme na Müllerstraße 59 i Simit Evi na Müllerstr. 147.

DSC_0384

Przy okazji wypadów na śniadania zawsze próbowaliśmy zwiedzić jakieś ciekawe miejsca
i jak się okazało Wedding ma naprawdę wiele do zaoferowania. W tym tygodniu za cel wybraliśmy park Humboldthain po drodze zaglądając do kilku świetnych knajpek. Wycieczkę zaczęliśmy w Mitte – ze stacji Friedrichstrasse wyruszyliśmy tramwajem M1 do niewielkiego przy Rosenthaler Platz. Atrakcją parku jest niewielki ogród różany, niestety ze względu na porę roku róż niewiele już zostało 😉 Po krótkim spacerze udaliśmy się do Du Bonheur – kawiarni, która w ofercie ma przepyszne makaroniki w kilkunastu smakach. My zdecydowaliśmy się między innymi na waniliowe, pistacjowe i malinowe – cudowny smak! Kawiarnia niestety do najtańszych nie należy, ale zdecydowanie jest warta grzechu.

DSC_0427

Z Du Bonheur przeszliśmy do Bernauer Straße, gdzie znajduje się część Ścieżki Pamięci Muru Berlińskiego. Jest to bardzo ciekawe historyczne miejsce, gdzie można  z niewielkiej wieży widokowej można obejrzeć fragmenty Muru Berlińskiego. Znajduje się tam też ekspozycja złożona ze zdjęć i filmów poświęconych tematyce podziału Niemiec.

DSC_0430

Kolejnym punktem wycieczki był park Humboldhein z jego atrakcją – tarasem widokowym znajdującym się na szczycie bunkra z czasów II Wojny Światowej.  Z tarasu rozciąga się piękny widok na Berlin – przy dobrej pogodzie wypatrzyć można najbardziej charakterystyczne budowle Berlina. Na tarasie jest bardzo dużo miejsca, są też drewniane stoliki i ławeczki, także najlepiej udać się tam z napojami lub przekąskami i zostać tam dłużej ciesząc się widokami.

DSC_0431  

DSC_0438
DSC_0436
DSC_0444

Z parku udaliśmy się na stację Gesundbrunnen, na której znajduje się słynna budka z Curry Wurst, zaliczana do najlepszych w Berlinie. Budka wyróżnia się tym, że jej właściciel jest z zawodu rzeźnikiem, więc sprzedawane tam kiełbaski są domowej roboty. Warto spróbować!

DSC_0449
DSC_0448

Wycieczka dla dużych dzieci

DSC_0318

Prawdopodobnie wszyscy z nas, a przynajmniej większość, mają jakieś swoje drobne słabości – rzeczy na które wydajemy więcej niż byśmy musieli, ulubione dania, które w mgnieniu oka znikają z talerza niezależnie od ilości, w jakiej zostały podane lub miejsca, do których zawsze chętnie wracamy.

Naszą małą i zupełnie niewytłumaczalną słabością jest zwiedzanie fabryk słodyczy,
a dokładniej sklepów firmowych, które zazwyczaj przy takich fabrykach funkcjonują. Nie jesteśmy powiedzieć skąd to się wzięło, ale w każdym mieście, w którym jesteśmy trochę dłużej wynajdujemy taki sklep i bez większych wyrzutów sumienia przepuszczamy tam zbyt dużo pieniędzy. W przypadku Warszawy takim miejscem była oczywiście fabryka Wedla na Pradze, w Hanowerze byliśmy stałymi gośćmi w Bahlsen, w Bonn naturalnie stałym punktem odwiedzin był Haribo. Tak więc po przeprowadzce do Berlina punktem honoru było wynalezienie naszego nowego ulubionego sklepu. No i udało się! Otóż w Poczdamie ma swoją fabrykę firma Katjes produkująca żelki (chyba najbardziej powszechne są zajączki z różnokolorowymi uszami).

Tak więc ostatnią sobotę postanowiliśmy poświęcić na wycieczkę do Babelsberg. Dojazd do fabryki jest w bardzo prosty, wystarczy dowolnym S-Bahnem dostać się do stacji Wannsee, a następnie pociągiem regionalnym dojechać jedną stację do Babelsberg. Stad spacerkiem w kilka minut można dojść do fabryki. Tego miejsca nie sposób jest przegapić z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze idąc ulicą, nawet jeszcze nie widząc budynku można wyczuć cudowny zapach słodyczy, a dodatkowo przed samą fabryką na trawniku „rozsypane są” ogromne czerwone cukierki.

Sklep nie jest duży ale ma wszystko co dobry sklep przy fabryce słodyczy mieć powinien – tony cukierków w dużo niższych cenach! My oczywiście na dłużej zatrzymaliśmy się w miejscu, w którym samemu można było skomponować własny mix słodyczy, po czym kilka razy przeszliśmy miedzy regałami aby wybrać najlepsze kąski. Skończyło się na kilku opakowaniach zajączków, świnek oraz Mikołajach (tak, już były dostępne).

DSC_0316

DSC_0321
DSC_0327

Ponieważ pogoda była bardzo ładna postanowiliśmy zostać w Babelsberg i trochę pozwiedzać. Ta dzielnica Poczdamu jest szczególnie warta odwiedzenia, nie tylko ze względu na słynny park filmowy, ale przede wszystkim piękną zabudowę i ogromny park z imponującym zamkiem. Po wyjściu z fabryki udaliśmy się więc na spacer uliczkami Poczdamu, minęliśmy park filmowy, ratusz dzielnicy Babelsberg i udaliśmy się do parku.  Mimo że zamek jest jeszcze w trakcie remontu (zakończenie planowane na grudzień 2015) i tak warty jest odwiedzenia. Budowlą, której również nie można ominąć jest Flatowturm, z której rozciąga się przepiękny widok na Poczdam.

DSC_0345
DSC_0353

DSC_0365

Kiedy byliśmy już w drodze do domu przypomniało nam się o kawiarence niedaleko ogrodu botanicznego, którą kiedyś przypadkiem znaleźliśmy na spotted by locals. Kawiarnia znajduje się w sklepie ogrodniczym po drugiej stronie ogrodu
w dość dużym, szklanym budynku. Ponieważ mieliśmy szczęście z pogodą, usiedliśmy na zewnątrz. Popołudniowa kawa w otoczeniu pięknych gatunków kwiatów była bardzo miłym doświadczeniem i choć kawiarnia do tanich nie należy, z czystym sercem możemy ją polecić szczególnie odwiedzającym ogród botaniczny.

DSC_0383
DSC_0382

Pożegnanie lata na Pfaueninsel

Jesień zbliża się wielkimi krokami. Ostatnia sobota zapowiadała się bardzo ładnie, dlatego postanowiliśmy spędzić ją pod gołym niebem na festiwalu latawców na lotnisku Tempelhof. Festiwal był bardzo fajnym, rodzinnym  wydarzeniem. Poza latawcami prezentowanymi przez organizatorów, można było podziwiać setki małych latawców przyniesionych
i puszczanych przez przeszczęśliwe dzieci. Z każdą godziną jednak robiło się coraz bardziej pochmurnie, aż w końcu około czwartej zaczęło lekko padać, co przerwało nam odpoczynek na świeżym powietrzu.

Planując niedzielę doszliśmy więc do wniosku, że należy skorzystać z ostatnich ciepłych dni na zrobienie czegoś typowo „letniego”, czegoś co jesienią na pewno nie sprawiłoby nam tyle radości.

Wybór padł na Pawią Wyspę (niem. Pfaueninsel). Jest to maleńka, urocza wysepka położona na pograniczu Berlina i Poczdamu. Wybrać się tam planowaliśmy od dawna, zawsze jednak coś innego wpadało nam do głowy. Kiedy jednak już tam dotarliśmy, bardzo żałowałam że dopiero teraz ją odkryliśmy i nie mogliśmy wcześniej polecić zwiedzania jej naszym znajomym, którzy przyjeżdżali w odwiedziny.

Dojazd do wyspy jest bardzo prosty, najłatwiej jest dojechać  S7 lub S1 do stacji Wannsee i stamtąd udać się autobusem 218. Autobus dowiózł nas do miejsca, z którego odpływa statek, przewożący turystów na wyspę (koszt biletu w obie strony to 4Euro). „Rejs” nie jest długi, zajmuje kilka minut, a kursy statku odbywają się w miarę często.

Po zejściu na ląd udaliśmy się w lewo, chcąc jak najszybciej dostać się do najbardziej charakterystycznego miejsca na wyspie – białego drewnianego pałacyku. Po drodze minęliśmy dwa niewielkie domki – Dom Kasztelana i Dom Szwajcarski, po czym ścieżka doprowadziła nas do pałacyku. Jest to piękna, świetnie zachowana budowla, która pochodzi aż z 1794 roku. Został on wybudowany na polecenie króla Fryderyka Wilhelma II i służył jako miejsce spotkań z jego przyjaciółką Wilhelmine Enke. Kolejnym punktem wycieczki był dom dla służby, po czym ścieżka poprowadziła nas na uroczą polanę, gdzie znajdowała się niewielka kawiarenka, w której poza kawą i pysznymi ciastkami serwowano też grillowane kiełbaski z dzika. Pyszne! Posiłek dodatkowo umilały spacerujące wokół stolików pawie.

Następnie zwiedziliśmy stajnię, mleczarnię, niewielką świątynie o nazwie Luisentempel, po czym romantycznym mostkiem przeszliśmy przed w kierunku woliery, gdzie można podziwiać piękne gatunki ptaków. Wycieczkę zakończyliśmy spacerem wokół fontanny.

Pawia wyspa jest niezwykłym miejscem, ku naszemu zdziwieniu niezbyt znanym wśród Berlińczyków. Z pewnością będziemy ją polecać wszystkim, którzy będą chcieli spędzić relaksujący dzień poza miastem.

Widok z przystani

DSC_0237

Dom Kasztelana
DSC_0242

Pałacyk
DSC_0246

Dom MyśliwegoDSC_0282

DSC_0280

Fontanna

DSC_0300

What a lolla weekend!

Ubiegły weekend był szczególny dla Berlina, a dokładniej dla wszystkich Berlińczyków kochających muzykę i dobrą zabawę. Otóż po raz pierwszy odbył się u nas Festiwal Lollapaloza.
Festiwal ma swoje korzenie w Stanach Zjednoczonych, gdzie z małą przerwą jest organizowany od 1991 roku. Celem festiwalu było promowanie zespołów  z różnych gatunków muzycznych, jak również organizacji pozarządowych i artystów alternatywnych. Od innych tego typu wydarzeń wyróżniał się tym, że koncerty w ramach festiwalu odbywały się równolegle w wielu miastach. W 2005 roku koncepcję jednak zmieniono i obecnie festiwal odbywa się tylko w Chicago.
Do wybrania się na Lollapalooza Berlin kusił świetny line-up. Gwiazdami pierwszego dnia byli m.in. James Bay, Bastille, Chvrches czy Macklemore & Ryan Lewis. Ku naszemu zdziwieniu najlepiej jednak bawiliśmy się na koncercie niemieckiego zespołu Deichkind, z którego repertuaru przed festiwalem znałam tylko jeden utwór, moj maz troche wiecej, na pewno jednak nie zaliczał sie do fanów. Ale jak to na festiwalu bywa, spacerując pomiędzy scenami, zauważyliśmy tłum ludzi czekających na ich koncert i postanowiliśmy dać im szansę i była to prawdopodobnie najlepsza sobotnia decyzja. Atmosfera na koncercie była genialna, zespół często wchodził w interakcję w publicznością i widać było że szczerze cieszą się tym występem, ludzie do ostatnich rzędów tańczyli i śpiewali.
Drugi dzień festiwalu zaczeliśmy od Stereophonics, po czym bawiliśmy się przy My Morning Jacket.
O 17.00 planowaliśmy zobaczyć Crystal Fighters, niestety przez opóźniony lot zespół się spóźnił i koncert rozpoczął się dopiero o 17.30. Zaraz po ogłoszeniu tej wiadomości postanowiliśmy zrezygnować i zająć dobre miejsce na Beatsteaks. Z relacji znajomych dowiedzieliśmy się, że dużo nie straciliśmy, zespół ponoć nawet nie przeprosił za spóźnienie, zagrał krótszy koncert bez jakiejkolwiek interakcji z publicznością i sobie poszedł. Koncert Beatsteaks był natomiast genialny pod wzgledem podejścia zespołu. Największym wydarzeniem, na które najbardziej się cieszyliśmy był jednak dla nas koncert Muse. Tak jak się spodziewaliśmy, tłum był ogromny, dlatego miejsca zarezerwowaliśmy juź półtorej godziny przed, dzieki czemu staliśmy na wprost sceny i mogliśmy cieszyć się świetnym widokiem. Muse zagrali genialnie, byliśmy zachwyceni jakością dźwięku i atmosferą na koncercie.
Generalnie festiwal oceniamy bardzo pozytywnie, wiele osób krytykowało niewystarczającą ilość budek z jedzeniem czy tolalet, a co za tym idzie dość spore kolejki. Ale przecież nie o jedzenie w festiwalu chodzi. Do powtórzenia za rok!
DSC_0055
DSC_0070
DSC_0104
DSC_0073
DSC_0141
DSC_0155 (1)
DSC_0175