Festiwal Świateł – to trzeba zobaczyć!

IMG_9009

W jednym z poprzednich postów wspominałam, że spędzając czas poza domem zawsze unikamy zatłoczonych, turystycznych miejsc. Od każdej reguły są jednak wyjątki, a od tej nawet trzy. Mimo, że nie lubimy tłoku awersja ta magicznie znika w tracie meczy reprezentacji Niemiec, okresu przedświątecznego, kiedy szturmujemy rynki bożonarodzeniowe i właśnie Festiwalu Świateł.

Festiwal Świateł jest prawdziwym magnesem dla turystów i wcale mnie to nie dziwi. Moja słabość do tego wydarzenia zapewne wynika częściowo z faktu, że podczas jednej z naszych pierwszych wizyt w Berlinie mieliśmy szczęście trafić właśnie na ten festiwal i już wtedy totalnie nas zachwycił. Obecnie, prawie każde szanujące się duże miasto organizuje podobne wydarzenie, ale kilka lat temu kiedy oglądaliśmy pięknie oświetlony Berlin było to dla nas coś zupełnie nowego.

W tym roku festiwal był organizowany po raz dziesiąty, w dniach 9-18 października, jak zawsze w różnych miejscach miasta. My niestety z przyczyn od nas niezależnych mogliśmy się wybrać na spacer pomiędzy oświetlonymi budynkami tylko raz i był to niestety spacer bardzo krótki. Zaczęliśmy na Gendarmenmarkt, po czym przejechaliśmy u2 do Potsdamer Platz, skąd na pieszo poszliśmy pod Bramę Brandenburską. Nie udało nam się niestety zobaczyć katedry, uniwersytetu ani Alexanderplatz.

Ale jeśli miałabym wybierać jako ulubione miejsce do oglądania wskazałabym jednak Bramę Brandenburską. W tym roku było szczególnie ciekawie, bo o możliwość pokazania swoich prac na bramie rywalizowały zespoły z wielu krajów, po czym wybrano pięć grup artystów, których projekcje można było podziwiać. Szczególnie cieszył mnie fakt, że wśród laureatów znalazł się zespół z Polski, którego pokaz był bardzo ciepło przyjęty przez publiczność.

Niektórzy ludzie przechodzą obok festiwalu obojętnie. Mnie on niezmiennie zachwyca. Trudno powiedzieć dlaczego, myślę że jest to coś co naprawdę po prostu trzeba zobaczyć. Ja uwielbiam tą bajkową atmosferę, szczególnie o tej porze roku kiedy za oknem robi się coraz bardziej szaro i smutno.

IMG_8991

IMG_9028

IMG_9238

IMG_8983

Włoski wieczór w Trattoria Toscana

DSC_0195

Podobno dla 60% Europejczyków ulubionym daniem spożywanym poza domem jest pizza. My zdecydowanie zaliczamy się do tej grupy. Ja pizzę kochałam od dziecka, praktycznie w każdej formie. Była też moim ulubionym posiłkiem na studiach, nieważne czy podczas nauki do sesji czy w trakcie spotkań ze znajomymi. Wybór restauracji był wtedy raczej przypadkowy, zawsze wychodziłam z założenia że pizza to pizza i smakuje zawsze.

Odkąd przeprowadziliśmy się do Berlina moje podejście do pizzy i stołowania się „na mieście” zmieniło się jednak o 180 stopni . Przede wszystkim dlatego, że Berlin jest miastem, w którym praktycznie każde danie można dostać w wersji autentycznej, tzn. jeśli chcemy jeść po włosku idziemy do Włocha, po turecku do Turka, po kanadyjsku do Kanadyjczyka itd. Nie wiem co by musiało się wydarzyć żebym mieszkając w Berlinie zamówiła pizzę z jakieś sieci, np. Dominos.

Włoskich restauracji w Berlinie odwiedziliśmy już dziesiątki. Trzymając w ręku kartę dań zawsze miałam ten sam dylemat: pizza czy pasta, i zawsze, mimo że chciałam wybrać pastę w końcu zamawiałam pizzę, bo wydawało mi się, ze pasta jest daniem, które bez problemu można zrobić w domu i nie trzeba wydawać na nią pieniędzy w restauracjach. Do czasu.

Do czasu gdy któregoś dnia zawitaliśmy do niewielkiej włoskiej knajpki na Tempelhof.  Restauracja znajduje się tuż przy wyjściu ze stacji S-Bahn Tempelhof. Budynek z zewnątrz jest niepozorny, powiedziałabym wręcz niezachęcający to odwiedzin. W środku czeka na gości miła niespodzianka, ponieważ lokal jest urządzony w ciepłym, włoskim stylu. Oczywiście zarówno właściciel jak i cała załoga są Włochami, dlatego goście zawsze witani są po włosku. Restauracja oferuje obszerną kartę dań, wybierać można pomiędzy różnymi rodzajami domowej pasty, pizzy, jak również mięs czy sałatek. Będąc tam po raz pierwszy nie wiedzieć czemu skusiłam się na pastę, zapewne w większości zadecydowały o tym oryginalne składniki:  wybrałam na parpadelle na słodko z gruszką, orzechami włoskimi, rodzynkami i cynamonem. I właśnie tego dnia zrozumiałam w jakim błędzie byłam myśląc, że jestem w stanie sama odtworzyć każdą pastę w domu. I nie chodzi tylko o połączenia składników ale przede wszystkim o doskonały smak domowej roboty makaronu, którego nie da się porównać nawet do najlepszych marek makaronów ze sklepów.

Tego pamiętnego dnia totalnie zakochaliśmy się w tej restauracji i choć było to na początku września, zdążyliśmy już tam zawitać około pięciu razy. Jak do tej pory zawsze decydujemy się za pastę (chociaż pizza też wygląda pysznie)  i zawsze jesteśmy zachwyceni tym co dostajemy na talerzu. Trattoria Toscana wyróżnia się przede wszystkim dużymi porcjami. Mówi się, że do restauracji chodzi się smakować a nie jeść – w tej restauracji można robic jedno i drugie, bo porcje są bardzo duże. Na tyle, że zawsze zamawiamy jeden deser, którym się dzielimy. Zjedzenie dwóch byłoby po prostu niemożliwe.

DSC_0724

DSC_0725

DSC_0727

DSC_0735

DSC_0208

Berlin dla romantyków

DSC_0516

Planując jak spędzimy kolejne weekendy staramy się znaleźć miejsca raczej trochę schowane i nieznane setkom tysięcy turystów przebywających w Berlinie. Oczywiście prawie nigdy nie udaje się nam być zupełnie samym, ale ubiegły weekend był cudownym wyjątkiem do tej reguły.

Korzystając z ładnej pogody postanowiliśmy znowu spędzić kilka godzin na łonie natury i wybraliśmy się nad Müggelsee. Jest to największe jezioro Berlina o powierzchni 7,4km2 położone na południowym wschodzie miasta, w dzielnicy Köpenick.

Jezioro ma swoją plażę, która w okresie wakacyjnym bywa zatłoczona. W okolicy można też znaleźć kawiarnie i restauracje z pięknym widokiem na wodę. My postanowiliśmy dotrzeć tam od trochę innej strony. S-Bahnem dojechaliśmy do przystanku Friedrichshagen, a stamtąd autobusem 61 (linia zastępcza na czas remontu linii tramwajowej) do przystanku Rahnsdorf/Waldschänke. Na miejscu znaleźliśmy kawiarenkę z pysznie wyglądającymi ciastami, więc postanowiliśmy zabrać na wynos po kawałku ciasta i kawę, po czym udaliśmy się nad jezioro. Szliśmy około kilometr przez niewielki lasek nad brzegiem Fredersdorfer Mühlenfließ, aż dotarliśmy do molo na jeziorze. Miejsce to wydało nam się na prawdę magiczne, na końcu molo, nad wodą znajduje się ławeczka na której moglibyśmy godzinami podziwiać piękne widoki. Jezioro jest też doskonałym miejscem do uprawiania sportów wodnych, więc z oddali widać było żaglówki. Na miejscu byliśmy około 18, mieliśmy szczęście być zupełnie sami więc w spokoju mogliśmy podziwiać piękny zachód słońca, delektując się pysznym ciastem i kawą z pobliskiej cukierni. Na pewno wrócimy tu nie raz.

DSC_0518

DSC_0540

Spacerkiem po Wedding

Wedding jest dzielnicą Berlina, do której jakoś nigdy specjalnie nie było nam po drodze. Poznawanie miasta zaczęliśmy, pewnie jak większość osób, od najpopularniejszych dzielnic jak Mitte, Kreuzberg czy Neukölln. Wedding wydawał się zawsze dzielnicą dość nudną. Do wybrania w te rejony zwabił nas duży wybór knajpek z naszym ulubionym tureckim daniem jakim jest Gözleme. Gözleme jest czymś w rodzaju naszych naleśników, robionym jednak z innego rodzaju ciasta i podawanym na słono, na przykład z nadzieniem z ziemniaków, szpinaku lub białego solonego sera. Można je dostać w większości kiosków prowadzonych przez Turków, między innymi na stacjach metra. Niestety w takich miejscach nie są świeżo przygotowywane a przez to są suche i bez smaku. W dobrych restauracjach czy kawiarniach daniem tym można się szczerze zachwycić. Do spróbowania zachęcają też ceny, które nie przekraczają zazwyczaj 3 Euro. Naszymi ulubionymi miejscami są  LARA Gözleme na Müllerstraße 59 i Simit Evi na Müllerstr. 147.

DSC_0384

Przy okazji wypadów na śniadania zawsze próbowaliśmy zwiedzić jakieś ciekawe miejsca
i jak się okazało Wedding ma naprawdę wiele do zaoferowania. W tym tygodniu za cel wybraliśmy park Humboldthain po drodze zaglądając do kilku świetnych knajpek. Wycieczkę zaczęliśmy w Mitte – ze stacji Friedrichstrasse wyruszyliśmy tramwajem M1 do niewielkiego przy Rosenthaler Platz. Atrakcją parku jest niewielki ogród różany, niestety ze względu na porę roku róż niewiele już zostało 😉 Po krótkim spacerze udaliśmy się do Du Bonheur – kawiarni, która w ofercie ma przepyszne makaroniki w kilkunastu smakach. My zdecydowaliśmy się między innymi na waniliowe, pistacjowe i malinowe – cudowny smak! Kawiarnia niestety do najtańszych nie należy, ale zdecydowanie jest warta grzechu.

DSC_0427

Z Du Bonheur przeszliśmy do Bernauer Straße, gdzie znajduje się część Ścieżki Pamięci Muru Berlińskiego. Jest to bardzo ciekawe historyczne miejsce, gdzie można  z niewielkiej wieży widokowej można obejrzeć fragmenty Muru Berlińskiego. Znajduje się tam też ekspozycja złożona ze zdjęć i filmów poświęconych tematyce podziału Niemiec.

DSC_0430

Kolejnym punktem wycieczki był park Humboldhein z jego atrakcją – tarasem widokowym znajdującym się na szczycie bunkra z czasów II Wojny Światowej.  Z tarasu rozciąga się piękny widok na Berlin – przy dobrej pogodzie wypatrzyć można najbardziej charakterystyczne budowle Berlina. Na tarasie jest bardzo dużo miejsca, są też drewniane stoliki i ławeczki, także najlepiej udać się tam z napojami lub przekąskami i zostać tam dłużej ciesząc się widokami.

DSC_0431  

DSC_0438
DSC_0436
DSC_0444

Z parku udaliśmy się na stację Gesundbrunnen, na której znajduje się słynna budka z Curry Wurst, zaliczana do najlepszych w Berlinie. Budka wyróżnia się tym, że jej właściciel jest z zawodu rzeźnikiem, więc sprzedawane tam kiełbaski są domowej roboty. Warto spróbować!

DSC_0449
DSC_0448