Wycieczka dla dużych dzieci

DSC_0318

Prawdopodobnie wszyscy z nas, a przynajmniej większość, mają jakieś swoje drobne słabości – rzeczy na które wydajemy więcej niż byśmy musieli, ulubione dania, które w mgnieniu oka znikają z talerza niezależnie od ilości, w jakiej zostały podane lub miejsca, do których zawsze chętnie wracamy.

Naszą małą i zupełnie niewytłumaczalną słabością jest zwiedzanie fabryk słodyczy,
a dokładniej sklepów firmowych, które zazwyczaj przy takich fabrykach funkcjonują. Nie jesteśmy powiedzieć skąd to się wzięło, ale w każdym mieście, w którym jesteśmy trochę dłużej wynajdujemy taki sklep i bez większych wyrzutów sumienia przepuszczamy tam zbyt dużo pieniędzy. W przypadku Warszawy takim miejscem była oczywiście fabryka Wedla na Pradze, w Hanowerze byliśmy stałymi gośćmi w Bahlsen, w Bonn naturalnie stałym punktem odwiedzin był Haribo. Tak więc po przeprowadzce do Berlina punktem honoru było wynalezienie naszego nowego ulubionego sklepu. No i udało się! Otóż w Poczdamie ma swoją fabrykę firma Katjes produkująca żelki (chyba najbardziej powszechne są zajączki z różnokolorowymi uszami).

Tak więc ostatnią sobotę postanowiliśmy poświęcić na wycieczkę do Babelsberg. Dojazd do fabryki jest w bardzo prosty, wystarczy dowolnym S-Bahnem dostać się do stacji Wannsee, a następnie pociągiem regionalnym dojechać jedną stację do Babelsberg. Stad spacerkiem w kilka minut można dojść do fabryki. Tego miejsca nie sposób jest przegapić z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze idąc ulicą, nawet jeszcze nie widząc budynku można wyczuć cudowny zapach słodyczy, a dodatkowo przed samą fabryką na trawniku „rozsypane są” ogromne czerwone cukierki.

Sklep nie jest duży ale ma wszystko co dobry sklep przy fabryce słodyczy mieć powinien – tony cukierków w dużo niższych cenach! My oczywiście na dłużej zatrzymaliśmy się w miejscu, w którym samemu można było skomponować własny mix słodyczy, po czym kilka razy przeszliśmy miedzy regałami aby wybrać najlepsze kąski. Skończyło się na kilku opakowaniach zajączków, świnek oraz Mikołajach (tak, już były dostępne).

DSC_0316

DSC_0321
DSC_0327

Ponieważ pogoda była bardzo ładna postanowiliśmy zostać w Babelsberg i trochę pozwiedzać. Ta dzielnica Poczdamu jest szczególnie warta odwiedzenia, nie tylko ze względu na słynny park filmowy, ale przede wszystkim piękną zabudowę i ogromny park z imponującym zamkiem. Po wyjściu z fabryki udaliśmy się więc na spacer uliczkami Poczdamu, minęliśmy park filmowy, ratusz dzielnicy Babelsberg i udaliśmy się do parku.  Mimo że zamek jest jeszcze w trakcie remontu (zakończenie planowane na grudzień 2015) i tak warty jest odwiedzenia. Budowlą, której również nie można ominąć jest Flatowturm, z której rozciąga się przepiękny widok na Poczdam.

DSC_0345
DSC_0353

DSC_0365

Kiedy byliśmy już w drodze do domu przypomniało nam się o kawiarence niedaleko ogrodu botanicznego, którą kiedyś przypadkiem znaleźliśmy na spotted by locals. Kawiarnia znajduje się w sklepie ogrodniczym po drugiej stronie ogrodu
w dość dużym, szklanym budynku. Ponieważ mieliśmy szczęście z pogodą, usiedliśmy na zewnątrz. Popołudniowa kawa w otoczeniu pięknych gatunków kwiatów była bardzo miłym doświadczeniem i choć kawiarnia do tanich nie należy, z czystym sercem możemy ją polecić szczególnie odwiedzającym ogród botaniczny.

DSC_0383
DSC_0382

Pożegnanie lata na Pfaueninsel

Jesień zbliża się wielkimi krokami. Ostatnia sobota zapowiadała się bardzo ładnie, dlatego postanowiliśmy spędzić ją pod gołym niebem na festiwalu latawców na lotnisku Tempelhof. Festiwal był bardzo fajnym, rodzinnym  wydarzeniem. Poza latawcami prezentowanymi przez organizatorów, można było podziwiać setki małych latawców przyniesionych
i puszczanych przez przeszczęśliwe dzieci. Z każdą godziną jednak robiło się coraz bardziej pochmurnie, aż w końcu około czwartej zaczęło lekko padać, co przerwało nam odpoczynek na świeżym powietrzu.

Planując niedzielę doszliśmy więc do wniosku, że należy skorzystać z ostatnich ciepłych dni na zrobienie czegoś typowo „letniego”, czegoś co jesienią na pewno nie sprawiłoby nam tyle radości.

Wybór padł na Pawią Wyspę (niem. Pfaueninsel). Jest to maleńka, urocza wysepka położona na pograniczu Berlina i Poczdamu. Wybrać się tam planowaliśmy od dawna, zawsze jednak coś innego wpadało nam do głowy. Kiedy jednak już tam dotarliśmy, bardzo żałowałam że dopiero teraz ją odkryliśmy i nie mogliśmy wcześniej polecić zwiedzania jej naszym znajomym, którzy przyjeżdżali w odwiedziny.

Dojazd do wyspy jest bardzo prosty, najłatwiej jest dojechać  S7 lub S1 do stacji Wannsee i stamtąd udać się autobusem 218. Autobus dowiózł nas do miejsca, z którego odpływa statek, przewożący turystów na wyspę (koszt biletu w obie strony to 4Euro). „Rejs” nie jest długi, zajmuje kilka minut, a kursy statku odbywają się w miarę często.

Po zejściu na ląd udaliśmy się w lewo, chcąc jak najszybciej dostać się do najbardziej charakterystycznego miejsca na wyspie – białego drewnianego pałacyku. Po drodze minęliśmy dwa niewielkie domki – Dom Kasztelana i Dom Szwajcarski, po czym ścieżka doprowadziła nas do pałacyku. Jest to piękna, świetnie zachowana budowla, która pochodzi aż z 1794 roku. Został on wybudowany na polecenie króla Fryderyka Wilhelma II i służył jako miejsce spotkań z jego przyjaciółką Wilhelmine Enke. Kolejnym punktem wycieczki był dom dla służby, po czym ścieżka poprowadziła nas na uroczą polanę, gdzie znajdowała się niewielka kawiarenka, w której poza kawą i pysznymi ciastkami serwowano też grillowane kiełbaski z dzika. Pyszne! Posiłek dodatkowo umilały spacerujące wokół stolików pawie.

Następnie zwiedziliśmy stajnię, mleczarnię, niewielką świątynie o nazwie Luisentempel, po czym romantycznym mostkiem przeszliśmy przed w kierunku woliery, gdzie można podziwiać piękne gatunki ptaków. Wycieczkę zakończyliśmy spacerem wokół fontanny.

Pawia wyspa jest niezwykłym miejscem, ku naszemu zdziwieniu niezbyt znanym wśród Berlińczyków. Z pewnością będziemy ją polecać wszystkim, którzy będą chcieli spędzić relaksujący dzień poza miastem.

Widok z przystani

DSC_0237

Dom Kasztelana
DSC_0242

Pałacyk
DSC_0246

Dom MyśliwegoDSC_0282

DSC_0280

Fontanna

DSC_0300

What a lolla weekend!

Ubiegły weekend był szczególny dla Berlina, a dokładniej dla wszystkich Berlińczyków kochających muzykę i dobrą zabawę. Otóż po raz pierwszy odbył się u nas Festiwal Lollapaloza.
Festiwal ma swoje korzenie w Stanach Zjednoczonych, gdzie z małą przerwą jest organizowany od 1991 roku. Celem festiwalu było promowanie zespołów  z różnych gatunków muzycznych, jak również organizacji pozarządowych i artystów alternatywnych. Od innych tego typu wydarzeń wyróżniał się tym, że koncerty w ramach festiwalu odbywały się równolegle w wielu miastach. W 2005 roku koncepcję jednak zmieniono i obecnie festiwal odbywa się tylko w Chicago.
Do wybrania się na Lollapalooza Berlin kusił świetny line-up. Gwiazdami pierwszego dnia byli m.in. James Bay, Bastille, Chvrches czy Macklemore & Ryan Lewis. Ku naszemu zdziwieniu najlepiej jednak bawiliśmy się na koncercie niemieckiego zespołu Deichkind, z którego repertuaru przed festiwalem znałam tylko jeden utwór, moj maz troche wiecej, na pewno jednak nie zaliczał sie do fanów. Ale jak to na festiwalu bywa, spacerując pomiędzy scenami, zauważyliśmy tłum ludzi czekających na ich koncert i postanowiliśmy dać im szansę i była to prawdopodobnie najlepsza sobotnia decyzja. Atmosfera na koncercie była genialna, zespół często wchodził w interakcję w publicznością i widać było że szczerze cieszą się tym występem, ludzie do ostatnich rzędów tańczyli i śpiewali.
Drugi dzień festiwalu zaczeliśmy od Stereophonics, po czym bawiliśmy się przy My Morning Jacket.
O 17.00 planowaliśmy zobaczyć Crystal Fighters, niestety przez opóźniony lot zespół się spóźnił i koncert rozpoczął się dopiero o 17.30. Zaraz po ogłoszeniu tej wiadomości postanowiliśmy zrezygnować i zająć dobre miejsce na Beatsteaks. Z relacji znajomych dowiedzieliśmy się, że dużo nie straciliśmy, zespół ponoć nawet nie przeprosił za spóźnienie, zagrał krótszy koncert bez jakiejkolwiek interakcji z publicznością i sobie poszedł. Koncert Beatsteaks był natomiast genialny pod wzgledem podejścia zespołu. Największym wydarzeniem, na które najbardziej się cieszyliśmy był jednak dla nas koncert Muse. Tak jak się spodziewaliśmy, tłum był ogromny, dlatego miejsca zarezerwowaliśmy juź półtorej godziny przed, dzieki czemu staliśmy na wprost sceny i mogliśmy cieszyć się świetnym widokiem. Muse zagrali genialnie, byliśmy zachwyceni jakością dźwięku i atmosferą na koncercie.
Generalnie festiwal oceniamy bardzo pozytywnie, wiele osób krytykowało niewystarczającą ilość budek z jedzeniem czy tolalet, a co za tym idzie dość spore kolejki. Ale przecież nie o jedzenie w festiwalu chodzi. Do powtórzenia za rok!
DSC_0055
DSC_0070
DSC_0104
DSC_0073
DSC_0141
DSC_0155 (1)
DSC_0175